W menu są produkty regionalne, jak mazurski miód czy perliczka wielkopolska, a także wyszukane specjały, jak trufle, cielęcina rasy simental, troć wędrowna, bażant „łąkowy” oraz filet z polędwicy wołowej marynowany w 40-letnim Aceto Balsamico. To brzmi obiecująco. Podobnie jak awangardowe połączenia składników (np. sos piernikowy do foie gras).
Niestety konfrontacja z rzeczywistością kulinarną na talerzu okazała się bolesna. Tatar z łososia z pianką marakujowo-cytrynową (35 zł) był grubo pokrojoną rybą z dużymi kawałkami cebuli (w proporcjach prawie 1:1) i kaparów. W masę wetknięty był zwinięty w rulonik kawałek chleba tostowego (nie opieczonego), kwiat kapara i chips zrobiony z pomidorowej skórki (bardzo ekologicznie!). Na talerzu była tez plama pesto – nie wiadomo po co, chyba dla koloru.
Zapiekane carpaccio ze świeżej ośmiornicy z oliwą extra virgin i czarną solą morską (38 zł) było w sumie daniem najlepszym z wszystkich. Ośmiornica była miękka i delikatna, sól miło chrupała od czasu do czasu w ustach, natomiast ilość oliwy na talerzu była wprost absurdalna – jakby danie było zupą oliwną, z której łowi się morskie kąski.
Tragicznym zdarzeniem gastronomicznym w Valadier była konsumpcja sałaty z różowymi płatkami cielęciny i serem Pecorino Romano (28 zł). Głównym składnikiem dania były – poza delikatnie opieczonym mięsem (właściwie bez smaku) – panierowane w cieście, zimne jak grób karczochy. Niejadalne. Twarde, paskudne, dopiero co wyjęte z lodówki. Zresztą podobnie jak pomidory i inne produkty tworzące tę pseudo wyrafinowaną kompozycję. Myślałam, że gorzej być nie może, ale niestety było.
Ravioli z bażanta łąkowego (28 zł) było pierogami ze sztywnego nieco ciasta w sosie sztucznym i tak słonym, że po odesłaniu go do kuchni, kucharz kazał nam odjąć to danie od rachunku. Zanim to jednak nastąpiło, próbowałam je zjeść. Niestety natknęłam się na kość w pierogu i na kawałek parmezanu wielkości paznokcia (w karcie stoi, że ravioli jest „oprószone parmezanem”).
Siedzenie na pseudozabytkowych krzesłach, jedzenie na niesygnowanej porcelanie, patrzenie na niby eleganckie złote przetarcia na poręczach i tandetne tkaniny udające luksusowe kotary w połączeniu z katastrofą kulinarną, jaką był obiad w Valadier, wiedzie mnie wprost ku myśli, że to straszna szkoda, że obiektu nie przejęli ludzie, którzy stworzyliby tu żywe, bezpretensjonalne miejsce dla mokotowskich rodzin, gdzie można by po prostu smacznie zjeść. Dawno nie byłam w miejscu tak zadętym i pustym w środku jak wydmuszka. Żal.
Najbardziej snobistyczny obiad w mieście
Brandad z kraba francuskiego z rukolą i aksamitnym majonezem cytrynowo-koperkowym – 28 zł
Perliczka wielkopolska na styl Lyonnaise z musem z bażanta i trufli, chrupiącym rosti nadziewanym grzybami i świeżą rukolą – 58 zł
Ananasowe canneloni z kremem waniliowym i miętą – 25 zł
Rachunek: 111 zł
Zobacz, jak trafić do Valadier
Jadłeś w Valadier? Zostaw swoją opinię!


Wasze komentarze (0)
Panel logowania znajdziesz tutaj.
Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta, możesz je założyć tutaj.