Bordo
Adres: ul. Chmielna 34
Telefon: 22 826 01 71
Godziny otwarcia w tygodniu: 10.00-22.00
Godziny otwarcia w weekend: 10.00-23.00
Typ lokalu: bistro
Typ kuchni: europejska, włoska
Okazja: obiad rodzinny, spotkanie z przyjaciółmi
Cena za danie główne: od 20 do 40 zł
Cechy lokalu: Catering, Klimatyzacja/wentylacja, Ogródek, Wino na kieliszki, Zamówienie przez telefon/Internet
Jeśli dane restauracji są nieaktualne, wyślij wiadomość pod adres kulinarnik@zw.com.pl.
2


Wasze komentarze (2)
Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta, zarejestruj się.
aktywność:
Całkowicie zgadzam się z niezadowoleniem przedmówczyni. Moje rozżalenie jest spowodowane wizytą w Bordo na Chmielnej. Dałam i szanse. Trzy szanse , w swojej wspaniałomyślności. I choćbym miała zdechnąć z głodu, pójść do KFC czy innego fast foodu, moja noga w Bordo na Chmielnej więcej nie postanie.
Zaczęło się od sałatki z kurczakiem grillowanym. W tej wersji kurczak grillowany okazał się szynką lub polędwicą (dokładnie się na mięsach nie znam), widać, że przez maszynę w sklepie pokrojoną na równiutkie plasterki, niestety przez kucharza w Bordo pokrojoną niedokładnie, więc biorąc na widelec jeden plasterek, nabierałam "harmonijkę" z co najmniej dwóch plasterków. Pomijam już fakt, że grillowany kurczak to dla mnie grilowany kurczak, a nie szynka tudzież polędwica ( i bógraczywiedzieć, czy drobiowa nawet...).
Przejdźmy do rozczarowania numer dwa: karczochy zapiekane z gorgonzolą. W daniu za 24 złote 2 karczochy, które już nie jedno na zapleczu widziały, na nich gorgonzola (licha ilość) i garstka rukoli pośrodku talerza (talerzyka). Ja wiem, nie ilość, ale jakość... ale, takie danie za 24 złote to gruuuba przesada. A gdzie w tym wszystkim doszukać się smaku??? Nie wiadomo.
Pretensja trzecia: szarlotka. Do owego ciasta wsypano chyba wszystkie bakalie, jakie zostały na zapleczu kuchennym. Mało jabłek za to wieeele suszonych moreli i sliwek oraz rodzynek. Coś dla amatorów bardzo ciężkiego ciasta.
A teraz obsługa: nie wiedzą co polecić, nie wiedzą za ile będzie. Zwykle myślą, że będzie w ciągu pięciu minut, a wychodzi około 35. Kiedy da się 50 złotych, a do zapłacenia było około 30, należy z rumieńcem na twarzy po 25 minutach podejść do kelnerki i poprosić o resztę.
I za każdym, z trzech razy, kiedy wchodziłam do tego lokalu i widziałam ludzi wciągających najprostsze spaghetti myślałam: nie, makaronu najprostszego nie wezmę... a może trzeba było. Może jest tańszy, a chociaż go nie spieprzą???
aktywność:
Pokrótce:
obsługa do niczego, jedzenie fatalne. Klient wchodzi na własną odpowiedzialność!
A po długości:
Odwiedziłam Bordo w ostatnią niedzielę. Miało być lunchowo. Gdy weszłyśmy z koleżanką do środka kelnerka od razu uprzejmie zaprowadziła nas do stolika. Dostałyśmy menu, ciepły uśmiech i ponad 10 min na przejrzenie karty. Okazało się bowiem, że o atencję obsługi nie jest łatwo, ale to w sumie nic takiego. Już przeglądając kartę koleżanka zauważyła, że może być interesująco, bo nasza kelnerka dopytywała gości przy stoliku obok o szczegóły ich zamówienia, gdyż jej się zapomniało... Niezrażone przywołałyśmy obsługę, i w końcu udało nam się złożyć zamówienie. Koleżanka: sałata z kurczakiem i marynowanym imbirem. Ja: karkówka pieczona w sosie śliwkowym. Do tego sok i piwo.
Była 14.05.
Już o 14.15 dostałyśmy zamówione napoje.
O 14.20 dowiedziałam się, że niestety, ale karkówka się skończyła. Bywa. Ponownie dostałam kartę i po krótkich bojach z samą sobą zamówiłam bakłażany zapiekane z sosem bolognese. I tu niespodzianka! Ich też nie ma. Dodam tylko, że obie te potrawy znajdowały się na pierwszej stronie menu "Bordo poleca". Wstyd. Ostatecznie poprosiłam o lasagne z kurczakiem i szpinakiem. Koleżanka dostała w międzyczasie sałatkę. WIELKĄ sałatkę. Gigantyczna micha zieleniny z trzema plasterkami kurczaka i wybitnie nijakim sosem. Nie polecam, chociaż rozmiar robił wrażenie. O 14.40 udało mi się w końcu dostać jedzenie. Napisałabym coś o nim, ale nie pamiętam jak smakowało.
Ponieważ koleżance udało się zjeść sałatkę, nim ja dostałam upragnioną lasagnę, zamówiła deser. Panna cottę. Czyli słodki i nie mający za wiele wspólnego z panna cottą mus. Spróbowałam łyżeczkę i trochę mnie wykręciło od ilości cukru. Ale kelner (gdyż nasza urocza kelnerka nie pojawiła się przy nas więcej od momentu przyjęcia zamówienia na lasagne) upierał się, że robią taką od 10 lat i ma ona swoich fanów, także z Włoch. Ale mógł powiedzieć cokolwiek, i tak nic nas by nie zdziwiło.
W sumie to najlepsze z tego wszystkiego było słońce wpadające przez okno i piwo. Z butelki, gdyż kufel był tak niemiłosiernie usyfiony, że szkoda gadać.